czwartek, 30 czerwca 2011

Końska zmora

Według starych legend i opowiadań chłopów w czasie zimy do stajni zaglądają złe duchy. W latach 50 kiedy konie były niezastąpione na roli trudno było znaleźć taką wioskę, gdzie nie spotkało się końskiej zmory. Teraz, gdy konie zastąpione są maszynami i mało kto jest ich  posiadaczem legenda końskiej zmory odeszła w prawie całkowite zapomnienie. Końska zmora atakowała zwierzęta nocą, gdy ich właściciel spał. Robiła to na różne sposoby, np; ujeżdżała, podszczypywała, dusiły, biła po szyi, plotła drobne, misterne warkoczyki na grzywie i ogonie, wodziła końmi tak, aby nie mogły trafić do zagrody czasami nawet doprowadzała do śmierci szkap poprzez ich zamęczenie. Nad ranem, gdy gospodarz chodził doglądnąć swoich koni zastawał je całkowicie spłoszone, całe zlane potem jakby ktoś oblał je kubłem wody. Niektórzy chłopi opowiadali także, że ich kobyły były tak wystraszone, że pozaplatane warkoczyki stały im, aż dęba! Są ludzie, którzy dziś nawet opowiadają historię jak to na ich oczach koniom coś plotło włosie. Podobno po rozplątaniu takich warkoczyków koń zdychał. Jedyną bronią na zmorę było święcenie stajni istniały jednak takie obrządki jak łapanie złego ducha przy pomocy świecy z cmentarza, wieszaniu martwego jastrzębia na drzwiach stajni, mocowaniu luster na żłobach, wieszaniu czerwonych szmat czy ujeżdżaniu konia przez nagą dziewicę.

"Właśnie o owym zajeżdżaniu koni przez demony słyszymy szczególnie często. Zdarzało się istotnie niekiedy, że wieśniak, wchodząc rano do stajni, zastaje któreś zwierzę spocone i znużone, a pokarm, zadany mu na noc nie spożyty; zdarzało się jeszcze częściej, iż nocą z chaty lub ze dworu słyszy niespokojne chrapanie koni, tętent i obijanie się o ściany czy żłoby . Lud wielkoruski, rdzennie białoruski i część ukraińskiego tłumaczy wspomniane przejawy bardzo prosto: to demon domowy czy też odpowiadający tamtemu demon stajenny dosiadł zwierzęcia i na nim jeździ. Zbliżone tłumaczenie znajdujemy u Białorusinów południowo-zachodnich oraz na dużych obszarach Ukrainy, ale tu za ujeżdżanie koni po nocach odpowiedzialne są czarty, podobnie jak u Polaków zmory i złe duchy, a u Kaszubów kraśniaki” (KLS, s. 637). O zjawiskach znęcania się nad zwierzętami (a zwłaszcza końmi) przez zmory informują nasze źródła ludoznawcze z drugiej połowy XIX i początków XX w. Z monografii regionalnych O. Kolberga wynika, iż w ówczesnych wierzeniach ludowych wyraźnie rozdzielano zmory ludzkie od zmór zwierzęcych. Na terenie Lubelszczyzny, Mazowsza, Kielecczyzny i Krakowskiego bardzo popularna była opowieść o trzech siostrach-zmorach, z których pierwsza dusiła ludzi, druga dręczyła zwierzęta (plotła warkoczyki na grzywach i ogonach koni, ujeżdżała je po stajni, dusiła itd.), trzecia zaś dusić miała drzewa bądź wodę. Opowieść ta pewnym echem odbijała się także w innych regionach, jak Rzeszowskie, Krośnieńskie czy Chełmskie. Niekiedy dana postać demoniczna nie ograniczała swej działalności tylko do dręczenia zwierząt, ale również stanowiła synonim wszelakiego rodzaju zaraźliwych chorób wśród zwierząt. „Mara, przynosząca pomór na bydło, chodzi białą odziana szatą. W dzień mało się komu pokazuje, dopiero wieczorem można ją widzieć bielejącą się koło obór. Gdy w którą chuchnie, bydło tam wkrótce wypadnie co do nogi” („Chełmskie”, 138).

Drobne echa tych wierzeń dotrwały jeszcze w świadomości pewnej części ludu wiejskiego do dnia dzisiejszego. Świadczą o tym m.in. materiały z badań terenowych prowadzonych w regionach wschodnich. Od blisko 50% informatorów (78% - białostockie, 60% - lubelskie i 20% - rzeszowskie) uzyskano pewne fragmentaryczne dane dotyczące demonów dręczących zwierzęta. Demony te najczęściej określano nazwą mory lub mary, zmory bydlęcej lub końskiej oraz czarta lub złego ducha. Niekiedy wszakże nazywano je błędami, noculami i wiedźmami. Demonowi temu przypisywano zarówno postacie antropomorficzne (szpetne stare kobiety, młode dziewczęta bądź mali chłopcy w czerwonych czapeczkach na głowach), jak i zoomorficzne (czarny kot lub wilk), lecz w przekonaniu pewnej części informatorów był on niewidzialny, a więc bezpostaciowy.
Także na pewne drobne relikty omawianych wierzeń w demony dręczące zwierzęta gospodarcze oraz nawiedzające je wszelakimi chorobami do pomoru włącznie natrafić jeszcze można w niektórych wsiach Mazowsza i południowo-wschodniej Małopolski. Natomiast w pozostałych regionach kraju ten wątek wierzeń ludowych uległ już zanikowi. "
Leonard J. Pełka: Polska demonologia ludowa. Warszawa 1987, s. 178-180.

6 komentarzy:

Lithium pisze...

Blog jest bezbłędny. Trafiłam na niego przypadkiem i nie żałuje. Piszesz o bardzo interesujacych rzeczach. I masz bardzo bogatą wiedzę. Trzymaj tak dalej.
Pozdrawiam.

Się Wie pisze...

Jest jeszcze sporo takich rzeczy, w które ludzie wierzyli. O końskiej zmorze jeszcze nie słyszałem.

Ciekawy blog. Zadaje się, że zagoszczę tu na dłużej.

Landi29 pisze...

bardzo ciekawy post

Anonimowy pisze...

A mi historię o zmorze opowiedział mój tato, który jest kowalem, i miesiąc temu czyścił 19 koni, zajęło mu to dwa dni, przy czym kiedy poszedł na drugi dzień zobaczył, że większość koni ma poplecione warkoczyki na grzywach, w taki sposób że nie da się ich rozplątać, koniec są zdenerwowane, nie można było do nich podejść, nawet właściciel dostał z kopyta. Nie wiem czy to była zmora, nikt jej nie widział, ale koniec po 1 nocy były wycieńczone no i jeszcze te warkocze...

Ewa Kossakowska pisze...

witam! mam konie i dzisiejszej nocy coś właśnie poplotło jednemu grzywę.Psy wyły niesamowicie i poranek pokazał dlaczego. Będę obserwować konie i szukam skutecznych porad, jak nie dopuścić do dalszych działań zmory

Katarzyna Sawka pisze...

Witam i u mnie coś się dzieje z jednym z koni jest wciąż zmęczony i po nocy ma grzywę skręcona w takie jakby dredy nie bardzo mogę nazwac tego warkoczem raczej sa skręcone jak lina i zakończone na końcu tak by się nie rozplotło.Macie jakieś rady?